Mazowiecki Instytut Kultury

Repertuar

  • Opis
  • Galeria zdjęć

Grace i Gloria / spektakl gościnny

Teatr Mazowiecki - Grace i Gloria / spektakl gościnny

SPEKTAKLE
19 maja (pt.) godz. 19:00

Ceny biletów
Normalny 80 zł
Ulgowy 50 zł

 

 


autor: Tom Ziegler
reżyseria: Bogdan Augustyniak
muzyka: Jerzy Satanowski
scenografia: Jerzy Rudzki

Obsada: Stanisława Celińska, Lucyna Malec

Spektakl „Grace i Gloria” został przygotowany z okazji jubileuszu Stanisławy Celińskiej. Jest to przejmująca i barwna opowieść o dwóch dojrzałych kobietach, o krańcowo różnych temperamentach, charakterach i skrajnie odmiennych doświadczeniach życiowych. Wzruszający spektakl dotykający trudnych tematów przemijania, jednocześnie niosący nadzieję, przepełniony poczuciem humoru i zaskakujący zwrotami akcji.

Brawurowa gra Stanisławy Celińskiej i Lucyny Malec tworzy widowisko pełne wdzięku i refleksji.

Spektakl zdobył trzy pierwsze nagrody na Ogólnopolskim Festiwalu Teatrów Prywatnych w Siedlcach w 2013 roku: Pierwszą Nagrodę Jury i Publiczności w kategorii Najlepszy Spektakl, Pierwszą Nagrodę Publiczności w kategorii Najlepsza Scenografia.

Czas trwania: 120 minut (w tym przerwa 15 minut)
kup-bilet

 

Producent spektaklu

logo Lu.

Współpraca producencka

logo-palma


Program „Wysokie C” z udziałem Stanisławy Celińskiej i Lucyny Malec

WEJŚCIÓWKI
Wejściówki można kupić z kilkugodzinnym wyprzedzeniem przez internet na portalu www.eWejsciowki.pl.
Sprzedaż wejściówek w kasie teatru rozpoczyna się 15 minut przed przedstawieniem według kolejności przybycia.
Osoby z wejściówkami mogą zajmować wolne miejsca na widowni bezpośrednio przed rozpoczęciem przedstawienia.

Teatr Mazowiecki zastrzega sobie prawo do zmian w repertuarze w uzasadnionych przypadkach.

Plan widowni

Teatr Mazowiecki - plan sali

 

WYWIAD z aktorkami

rozmawiała Elżbieta Szymańska, Teatr Mazowiecki, 29 marca 2014 r.

Ludzie potrzebują odpowiedzi na bardzo proste pytania

„Ciągle biorę coś z siebie” – tak mówi Pani o sobie w kontekście pracy z Krzysztofem Warlikowskim, w wywiadzie dla miesięcznika „Teatr”. Czy i w jaki sposób odnosi się ono do sztuki „Grace i Gloria”?

St. Celińska
Tak, grając, dobrze jest wziąć i zarazem dać innym coś z siebie. Kiedy młody aktor, który gra Hamleta, stara się zagrać go tak, jak wyobraża sobie Hamleta w czasach szekspirowskich, klasycznie, to w efekcie powstanie landszaft, coś martwego. Powstanie coś, co nas nie obchodzi, nie porusza. Inaczej jest, kiedy aktor daje coś z siebie, kiedy widać, że stara się być tym jednym, jedynym Hamletem, który mówi w swoim imieniu, od siebie i dzisiaj, z perspektywy naszego XXI wieku. Wtedy jest to bardzo bliskie. Myślę, że inaczej właściwie chyba się nie da, inaczej będzie nieprawdziwie i nieuczciwie. Tylko wtedy, gdy dajemy coś z siebie, korzystamy z naszych doświadczeń, jest to takie jedyne i niepowtarzalne, tylko wtedy następuje spotkanie aktora z widzami. My, aktorzy, pomagamy sobie naszymi przeżyciami, w jakiś sposób się nimi podpieramy, żeby to, co gramy, było prawdziwe, było naprawdę od nas. Cóż mogę wiedzieć o tym, co ktoś przeżywa? Znam tylko to, co sama naprawdę przeżyłam i to mogę dać. Jest to pewien rodzaj uczciwości, który jest potrzebny do roli i do grania.

Ktoś napisał, że „postać Grace świetnie współgra z aktorką”. Czy zgadza się Pani z taką opinią?

St. Celińska
To Pani, jako widz, powinna ocenić, jak gram tę postać. Ważna jest przede wszystkim ocena innych, tych, którzy nas oglądają i słuchają, bo to dla nich pracujemy, dla nich gramy role.

Moim zdaniem rola Grace rzeczywiście idealnie „współgra” z Panią, nie tylko jako aktorką, ale też osobą prywatną i publiczną zarazem.

St. Celińska
Ma Pani rację. Grace jest mi bliska. Ta rola bardzo dużo mi dała, mi samej. Są takie role, postacie, z których dużo się bierze, które wiele dają także aktorowi. Bardzo często przypominam sobie, co Grace mówi. To gdzieś zostało we mnie, gdyż to co mówi jest proste i ważne, to pokazuje też jej siłę. W sztuce jest taka scena, w której Lucynka, grająca młodszą i na pozór silniejszą Glorię, chce mi pomóc w pójściu do toalety. Ja wtedy staję, zatrzymuję się, zaczynam pojękiwać. Bogdan Augustyniak – reżyser, kiedy to zobaczył, powiedział: „Nic nie mów, zatrzymaj się”. I tak zostało to zagrane – Grace nie pokazuje, że coś ją boli, nie chce tego pokazać, i to jest jej wielka siła. Grace to taka kobieta z gór i ziemi. Myślę, że to właśnie jest coś mądrego i głębokiego, coś, co warto pokazać ludziom, że w taki sposób można chorować i odchodzić… godnie.

Spektakl „Grace i Gloria” został wyreżyserowany przez nie żyjącego już Bogdana Augustyniaka w roku 2006 w Teatrze na Woli i pokazany z okazji Pani jubileuszu – 35 lecia pracy artystycznej. Czym był podyktowany wybór takiej a nie innej sztuki, o takiej właśnie, a nie innej tematyce?

St. Celińska
Z jubileuszem to była nieco późniejsza sprawa, reżyser najpierw zaproponował mi udział w spektaklu. Na początku trochę się wahałam, bo bałam się takiej poważnej roli, właśnie tego typu. Potem jednak pomyślałam, że to może być po prostu „dobre”, że to taka „Boża” sztuka, jakby trochę charytatywna, i świetny tekst. Autor sztuki to z zawodu nauczyciel, co też nie jest zapewne bez znaczenia. Czułam, że ma jakąś charyzmę, że rzeczywiście ma coś do powiedzenia. Cała ta opowieść o tym swetrze, o tych oczkach, to jest coś niezwykle prostego…

Tak, to bardzo prosta, a zarazem bardzo prawdziwa i głęboka opowieść. Nie ukrywam, że przypomniała mi ona ludową piosenkę, która pojawia się jako motyw-przesłanie w znakomitej powieści Wiesława Myśliwskiego „Kamień na kamieniu”. Te oczka w swetrze to takie kamienie, z których każdy to odrębny, mały, ale ważny ludzki los.

St. Celińska
Tak, zgadza się, znam powieść Myśliwskiego i można chyba tak to zinterpretować, porównać powieść i sztukę. W obu utworach ważna jest postać Matki. Być może autor dramatu, pisząc go, miał na myśli swoją matkę. Tego nie wiemy, ale jest to prawdopodobne. Tak w ogóle ta kobieta, którą gram, jest ode mnie o wiele starsza.

W sztuce Zieglera Grace ma dziewięćdziesiąt lat.

St. Celińska
Tak, jednak Bogdan widział mnie w tej sztuce i mi zaproponował tę rolę. Wtedy też przypomniałam sobie, że mam jubileusz, minęło akurat trzydzieści pięć lat mojej pracy aktorskiej, i że jest to dobry sposób na przyciągnięcie publiczności. Zaproponowałam to Bogdanowi, i pomysł bardzo się mu spodobał.
I rzeczywiście zagraliśmy z okazji jubileuszu, który Bogdan pięknie przygotował.

Wiem, że dostała Pani wiertarkę, ukrytą w bukiecie kwiatów.

St. Celińska
Tak naprawdę to była wiertarko-wkrętarka. Mój syn mi ją zabrał. Pamiętam jak Andrzej Wajda ukląkł na jedno kolano przede mną, a ja siedziałam na takim tronie. Kosz z kwiatami wręczył mi Ignacy Gogolewski, który wygłosił wspaniałą mowę.

L. Malec
Należy powiedzieć, że sztuka ta była pewnym rozliczeniem się reżysera z tematem śmierci.

St. Celińska
Tak, to jest bardzo ważne. Żoną Pana Bogdana była Marta Fik, która kilka lat wcześniej zmarła i Bogdan ciągle chodził na jej grób, na cmentarz. Wszystkie jego ostatnie sztuki były o śmierci, tak jakby chciał tę śmierć oswoić. Spektakl „Grace i Gloria” miał być już jego pożegnaniem z tym tematem. Ostatecznie był… Bogdan tak oswoił śmierć, że sam zmarł wkrótce po premierze.

L. Malec
Jednak jest coś niesamowitego w tym, jak pan Bogdan tę sztukę „zrobił” – a zrobił ją jakby na odwrót niż jest to w tekście. Tam to zostało przedstawione w taki sposób, że Grace jest coraz bardziej chora, widać, że umiera. U nas, w naszym spektaklu, ona jak gdyby zdrowieje. To, że jej ciało umiera, to jest oczywiście jasne, to widz ma gdzieś w pamięci, ale ona tak naprawdę idzie do światła. Według mnie, to jest właśnie najpiękniejszy zamysł pana Bogdana.

St. Celińska
Dla mnie bardzo ważne było, żeby zbyt bardzo nie „przycisnąć”, żeby nie zagrać Dostojewskiego, żeby nie było za poważnie i za smutno.

To, co naprawdę mnie zafascynowało, to doskonale pokazana przez Panie przemiana bohaterek, ich ewolucja, właśnie ta droga do światła. To zostało w pełni wygrane.

St. Celińska
W zasadzie nie wiadomo, która z bohaterek jest bardziej chora, która z nich ma bardziej chorą duszę. Okazuje się, że młodsza i zdrowa kobieta nie chce żyć, że wewnętrznie jest już prawie martwa. Grace, mimo swojej choroby i trudnej sytuacji, chce żyć do końca, chce do końca pracować, być potrzebną. Jest w tym głęboka prawda i myśl, które pokazuje nam Grace, że niezależnie od tego ile będziemy żyć, zawsze, każdego dnia, trzeba mieć coś do roboty.

Wróciły Panie do grania spektaklu po kilku latach przerwy. Jak ten czas wpłynął na grę, jak się ona zmieniała? 

L. Malec
Chodzi przede wszystkim o to, co się zmieniło w nas samych, w środku. Zamysł reżyserski i interpretacja sztuki pozostały bez zmian, takie same, ale my się zmieniłyśmy. To właśnie najbardziej podoba mi się w aktorstwie, że chociaż wciąż gramy tę samą sztukę, niby pozornie tak samo, to jednak za każdym razem inaczej. Inni mówią: „Boże, codziennie grasz to samo. Tobie się to nie nudzi?”. Nie, mnie się nie nudzi. Życie płynie, my się zmieniamy, spotyka nas w międzyczasie wiele różnych – dobrych i złych – rzeczy, i okazuje się, że słowa, która dwa lata temu nie znaczyły dla mnie nic, albo bardzo niewiele, teraz są bardzo ważne. Niektóre słowa zyskują na wartości wraz z upływem lat i zdobytymi doświadczeniami. Jeśli chodzi o mnie, to zauważam, że z czasem nabieram większego dystansu, inaczej patrzę na ludzi, staję się bardziej tolerancyjna. Lepiej rozumiem, że życie nie jest czarno-białe, że najważniejsze jest kochać życie, samo życie. Młodzi ludzie są zazwyczaj tacy ostrzy w ocenach, ale potem, jak przybywa lat, to się zmienia.

St. Celińska
Tak naprawdę, wracając do roli Grace po tych kilku latach, w czasie których grałam w sztukach niemal awangardowych, bardzo nowoczesnych, chciałam powrócić do tradycyjnego teatru. Chciałam znów zagrać w teatrze, gdzie nie wszystko jest umowne, w którym jest prawdziwe jedzenie, woda, kwiaty. To było mi po prostu potrzebne – czyli to, żeby wrócić niejako do początku, do źródeł mojej pracy aktorskiej. Zaczynałam w Teatrze Współczesnym, gdzie moim ukochanym przedstawieniem była „Szklana menażeria”. A to był właśnie taki teatr, tradycyjny.

Czyli klasyczny teatr literacki, ale bardzo dobrej jakości…

St. Celińska
Tak. Wracając do „Grace i Glorii”, to trzeba powiedzieć, że w tej sztuce i w takim właśnie teatrze jest też metafizyka, coś więcej, coś, co wykracza poza dosłowność. Pamiętam, że grałyśmy to kiedyś na jakimś ogromnym wybiegu, to chyba było na Woli. Wymyśliłam wtedy, żebyśmy występowały na specjalnym podeście z przodu, co dodawało tajemnicy sztuce. Teraz, w tym miejscu na Elektoralnej, na tej scenie, jest bardzo kameralnie. Publiczność siedzi z trzech stron, amfiteatralnie, dzięki czemu jesteśmy z nią bardzo blisko. Zależało mi na tym, aby widzowie czuli, że są z nami, że są u nas w domu, w domu Grace.

Cieszę się, że tak Pani przyjęła to miejsce i naszą scenę. Odpowiedziała też Pani w ten sposób na pytanie, które właśnie zamierzałam zadać, dotyczące tego, jak się Paniom grało na scenie TEATRPRAGA.PL. Rozumiem, że kameralnie, czyli dobrze, bo blisko widzów?

St. Celińska
Oczywiście. Mam ogromny osobisty sentyment do tego miejsca, bo mieszkałam w tej okolicy jako dziecko od siódmego do dwunastego roku życia. Tu chodziłam na pierwsze filmy, do różnych kółek zainteresowań. To trochę tak, jakbym była u siebie. Cieszę się bardzo, że mogę tu teraz sama grać, w swoim spektaklu.

Spektakl jest bardzo dobrze odbierany przez publiczność, czego najlepszym dowodem jest dzisiejsze przedstawienie.

St. Celińska
Tak, bo ludzie potrzebują odpowiedzi na bardzo proste pytania, na które nie zawsze znajdują czas w naszym zwariowanym świecie. Potrzebują usłyszeć coś, co wyniosą ze spektaklu, coś co jest bardzo proste, ale ważne. Czymś takim w naszej sztuce jest na przykład to, co Grace mówi o oczkach w swetrze, o tym, że jesteśmy wszyscy jak te oczka, które razem tworzą coś większego, taki sad.

Kiedy już mowa o sadzie, który pełni w sztuce ważną funkcję i o którym tak często wspomina Grace, to niejako automatycznie pojawiają się, przynajmniej u mnie, skojarzenia z „Wiśniowym sadem” Czechowa. Myślę, że tych podobieństw znalazło by się więcej, i że są one nieprzypadkowe.

St. Celińska
Myślę, że tak, ma Pani rację. W jakiś sposób obie sztuki, mimo oczywistych różnic, są gdzieś głęboko bliskie siebie, podobne w klimacie, w gatunku sztuki teatralnej. Ziegler, podobnie jak Czechow, jest śmieszny i sentymentalny zarazem, dotyka wielkich i głębokich spraw, prawdy, mówiąc o sprawach małych i codziennych. A jeśli chodzi o motyw sadu, to ja znajduję też w tym coś jeszcze, coś więcej, taką odwieczną mądrość natury. Grace to pokazuje, jej siła bierze się też z natury, z miłości do przyrody, miłości do drzew. Ta sztuka mówi też o tym, jakim wrogiem jest dla nas cywilizacja, którą sami stworzyliśmy, której tak bardzo się poddaliśmy. To, że nie mamy już prawie w ogóle kontaktu z ziemią, że po niej nie stąpamy i jej nie dotykamy, tylko chodzimy po betonie, to jest według mnie dla nas, dla ludzi, fatalne. Nic dziwnego, że coraz więcej z nas ucieka na wieś. Ja też o tym marzę, chciałabym mieszkać na wsi jak Grace.

Czego też Pani serdecznie życzę i wierzę, że kiedyś to Pani życzenie się spełni. Bardzo
dziękuję za interesującą rozmowę i niezwykły spektakl.